wtorek, 26 lipca 2016

Malarz - rozdział dziesiąty (perspektywa Ciela)

Już tydzień mieszkaliśmy u Anny, którą nazywałem ciocią. Byłą cudowna. Kiedy miała wolne spędzaliśmy we trójkę czas w kuchni piekąc ciasteczka . Moje rany już prawie zniknęły z ciała, tak samo jak rodzice. Nie myślałem o nich prawie w ogóle, tylko czasem mi się przyśnili, ale Sebastian był obok i mnie pocieszał. Jeszcze nigdy nie byłem taki szczęśliwy jak przez ten tydzień.


Właśnie siedziałem z Sebastianem w pokoju. Uczył mnie malować farbami na płótnie, pobrudziłem jego nos zieloną farbą i śmiałem się z jego zdezorientowanej miny. W końcu zaczął mnie łaskotać i zanurzył palce w czerwonej farbie, która po chwili znalazła się na moich policzkach. Skoczyłem na niego, nie przewidział tego ruchu z mojej strony, więc wylądowaliśmy roześmiani na podłodze. Byłem czerwony od śmiechu, podobnie zresztą jak Sebastian.


-No dobra Ciel, czas coś zjeść. Ugotujemy...gulasz!- uśmiechnął się do mnie i cmoknął w nos. Pokiwałem żywo głową. I podniosłem się z dużego łóżka z baldachimem. Pokój miał czerwoną tapetę na ścianach. Meble i podłoga były z ciemnego drewna. Podobało mi się tu. Było cieplutko. Nie bałem się, że ktoś wejdzie i coś mi zrobi. Sebastian zamykał nas na noc. Był to nasz wspólny pokój. Uparłem się że nie chcę być sam.


Zeszliśmy powoli po marmurowych schodach… no właściwie Sebastian zszedł. Ja władowałem się mu na barana. Obejmowałem jego szyję rękoma, które trzymał, by być pewien, że go nie puszczę.


Gdy byliśmy już prawie na dole, ktoś zaczął walić do drzwi. Przestraszyłem się. To nie było zwykłe pukanie. Te było nachalne i bardzo głośne, zdradzało zdenerwowanie osoby po drugiej stronie. Czarnowłosy postawił mnie na ziemi i uśmiechnął do mnie czule. Poczochrał moje włosy podchodząc do drzwi.
-Nie bój się, Ciel… To pewnie listonosz…- złapał za klamkę i otworzył, widziałem jak sztywnieje i przymyka drzwi.


-Gdzie ten gówniarz?! -warknął mój ojciec. Moje serce przyspieszyło, w oczach zalśniły łzy. Nie… czemu on tu jest? Niech sobie pójdzie! Ja jestem szczęśliwy! Zniknij! Nienawidzę cię! Boję się!


Mój malutki świat, który wybudowałem z ciocią Anną i Sebastianem, runął. Od tak po prostu jakby nigdy go nie było. Znów przed oczami miałem swoją starą sypialnię i ojca, który mnie dotyka, powtarzając jak bardzo jestem podobny do matki. Zrobiło mi się niedobrze. Nie dostanie mnie tak łatwo. Nie pozwolę na to. A… co jeśli skrzywdzi Sebastiana?


Wziąłem głęboki oddech i ruszyłem w stronę drzwi. Nikt nie skrzywdzi osób, które kocham. Nie jestem egoistą, przestałem nim być, odkąd zajął się mną Tanaka. Gdy zacząłem iść wszystko działo się szybko. Zostałem wyciągnięty z budynku na mróz. Moje bose stopy dotykały zmrożonego podłoża. Koszula Sebastiana, którą mi dał specjalnie na czas pracy, oraz spodenki, nie dawały zbyt wiele ciepła. Nie patrzyłem w górę na ojca. Zebrałem w sobie wszystkie siły, by z mojej twarzy zniknął nawet najmniejszy ślad po strachu jaki mnie opanował. Gdy czułem, że to ten moment spojrzałem na niego. Nie mogłem zrozumieć czemu był taki okrutny. Miał urodę, pieniądze, wpływy. Ale chyba to przez to, że nie czuje w stosunku do mnie miłości, dlatego że zabiłem matkę. Gdyby mnie nie było, ona cały czas trwałaby u jego boku. Byliby szczęśliwi.


Poczułem to okropne uczucie w sercu, które pojawiało się zawsze gdy uświadamiałem sobie, że śmierć mamy to tylko i wyłącznie moja wina. On miał racje, jestem nikim. Kompletnym zerem. Nawet nie mam ani grama siły. Słaby. Bezbronny. Głupi. To idealnie mnie opisuje.


-Gdzie się szlajasz z ta hołotą?! I jak ty wyglądasz?! Jesteś beznadziejny!


Wyłączyłem się i spojrzałem na Sebastiana. W jego oczach malowała się wściekłość. Był zły na mnie? Znów jest to moja wina, prawda? Próbowałem wstrzymać łzy. Przez nadmiar emocji, czułem jakby moja głowa miała zaraz eksplodować.


Poczułem szarpnięcie. Ojciec zaczął mnie ciągnąć w stronę powozu. Teraz nie było dla mnie ratunku. Sebastian z jakiegoś powodu mnie znienawidził, a ojciec zapewne mnie zabije za nieposłuszeństwo. Ale jestem tylko kolejnym, nędznym człowiekiem. Nic nie znaczę. Po mojej śmierci zostanie tylko nagrobek, chociaż mam podejrzenia, że wielki hrabia Vincent Phantomhive, zabije swojego jedynego syna po cichu. Tak, by nikt na niego krzywo nie patrzył.


Ostatni raz spojrzałem na budynek, który z każdym uderzeniem kopyt o kostkę brukową, znikał z pola widzenia. Ukryłem twarz w dłoniach. Koszula pachniała Sebastianem. Moim kochanym, ciepłym Sebastianem. Na dłoniach wciąż miałem plamy farb, których używa. Teraz mogę jedynie modlić się o jak najmniej bolesną śmierć z rąk rodzica. Było mi coraz ciężej to wszystko przeżyć.


-Jesteś z siebie dumny, gówniarzu? Przez ciebie musiałem zacząć cię szukać. Yard się zainteresował twoim zniknięciem, bo nie chodziłeś do tego durnego parku. -mówił i odpalił cygaro. Na jego czole widoczna była brzydka zmarszczka, a jego spokojny głos sprawiał, że marzłem od zewnątrz. Wolałem chyba żeby wrzeszczał na mnie i zrobił swoje. - Po co tam chodziłeś co? Żeby spotkać się z tym czymś?- zmarszczyłem brwi.-Chodzi mi o tego obdartusa, który otworzył drzwi.


-Sebastian nie jest obdartusem.- powiedziałem ostro, na co ten się zaśmiał głośno.


-Owszem, jest. Nie przerywaj mi.- powiedział nieco ostrzej.- Myślisz, że twoje zniknięcie łatwo było utrzymywać w tajemnicy? Udawałem, że jesteś chory, ale zauważyli w końcu, że żaden lekarz cię nie odwiedza. Królowa zaprosiła nas na świąteczny bal. Musisz się tam pojawić, dlatego zacząłem cię szukać. Śledziłem tą durną babę. Anne? Nie ważne.


-Ciocia Ann jest najmądrzejsza! Nie obrażaj jej!


-MILCZ! Nie zrozumiałeś za pierwszym razem? Więc zrozum teraz. Nigdy więcej nie wyjdziesz z domu sam. Sprawiasz same kłopoty. Chociaż przyznam, że gdy cię nie ma w domu jest cudownie. Ale nie martw się. Ożenisz się. Co prawda małżonka będzie trochę starsza i niezbyt urodziwa. Ale będzie spokój. A wy zamieszkacie z dala ode mnie.- zamilkł nagle a powóz zatrzymał się. To wszystko jakby do mnie nie dotarło. Ożenię? Wyjadę? Przecież… on żartuje prawda? Ja naprawdę nie chcę.


-Nie chcę…-chciałem powiedzieć coś więcej, ale wiedziałem, że w tej sytuacji nikt mi nie pomoże. To rodzina decydowała o małżeństwie dziecka. Ot, taka rekompensata, że sami nie mogli wybrać. Siedziałem tak, nawet gdy ojciec mnie opuścił i poszedł do rezydencji. Wzrok wbiłem w drewnianą podłogę. To się nie dzieje naprawdę… Piekło trwa. Nie... Moje piekło dopiero się zaczyna. 
 **********************************************************************************
Nie wiem co ze mną nie tak. Nie mam siły na pisanie, ale z całych sił się staram ją znaleźć. Rozdział jest dzięki jednej osobie (której go osobiście dedykuję i mam nadzieję, że ta osoba wie o kogo chodzi) Pozdrawiam was i liczę na komentarze, gdyż karmią one moją głodną, artystyczną duszę 
Pozdrawiam,
Ozzy ^^ 

1 komentarz:

  1. Ej! Znowu to zrobiłaś! Ciel w opalach! Sebuś, zakładaj szpilki i otocz się chmurką, w której widoczne będą tylko twoje czerwone oczy, wpadnij do rezydencji i zrób Vincentovi z tyłka jesień średniowiecza! O, ja tak to widzę :D. No, i czekam na więcej :D. Cieszę się, że wróciłaś i mam nadzieję, że szybko nas nie opuścisz. Weny, czasu i chęci!

    Twoja R ♥.

    OdpowiedzUsuń